środa, 3 sierpnia 2011

-taka chuda
-która chuda?
-ta co cienia nie rzuca...

Ostatnio oglądałam kabaret NeoNówki 'ksiądz i kościelny' i taka mnie refleksja naszła, że bez spirytualiów to oni z pewnością nie mogą się obejść. I nie tylko oni. Wszystkie kabarety. Nie chce mi się wierzyć, że mają bez przerwy taką moc bez żadnego dopalacza. W końcu to kabareciarze a nie sportowcy, ich się nie sprawdza czy są na dopingu. I ponoć wcale nie mają wesołego życia. No raczej. Jeżeli przed każdym występem tankują, to następstwem wydarzeń jest przez wszystkich czczony i uwielbiany... kac.
Jak możne być wesoło na wiecznym kacu? 
Czasami chciałabym być kabareciarzem. Albo mieć swój serial komediowy. Jakiś sitcom. Wiedziałabym przynajmniej wtedy, z czego Bóg się codziennie śmieje...

czwartek, 28 lipca 2011

Forfitery w akcji

Pewna noc była zła. Nadszedł taki czas, taki dzień, taka godzina, że należało stanąć na wysokości zadania i z należytym szacunkiem oddać hołd głównemu menedżerowi, który skromnie powiedział 'do widzenia', pocałował sieć CC w nie powiem co i udał się na statek, masować murzynów. 
Wyprawiliśmy bal.
bal...
Forfitery przybywały kolejno na audiencje. Każdy w dobrym nastroju, z wyśmienitą obstawą wtopił się w tłum do jeszcze lepszego doborowego towarzystwa, które wcześniej grzało mu miejsce, aby marnotrawni wędrowcy mieli gdzie przycumować, po długiej podróży i ewentualnych podrygach na densflorze. 
Przybył tzw. alvaro. Były forfiter. Należycie pożegnał missis  H., za wsze czasy wyściskał missis T. i poszedł zabawiać każdą samotną damę, nie odpuszczając żadnej, za to idealnie balansując chwiejnym krokiem między lichymi stolikami. Spisał się też niejaki nadworny grajek, zapraszając tylko wybrane ofiary do baru na szybkiego szota. Natomiast forfiter, który zaprasza zawsze do mycia i jest ramieniem dla skołatanych nerwów, był odpowiedzialny za ciągłe przebywanie na płycie tanecznej i uraczenie rudej, blondi i czarnej co najmniej jednym tańcem. Była bitwa, bo na jednym to się bynajmniej nie chciało skończyć. Przełożony 'do mycia' robił za posiłki, aby damy nie rozszarpały mu kompana do picia kasztelana. Forfiter a.k.a Tygrys miał najlepiej, a zarazem najgorzej...podczas ostatniej nuty, wszystkim dworzanom włączyło się gastro, więc padła idea zrobienia kanapki na tajgerze. W jej połowie niestety obsługa, strachliwa i ckliwa, kazała orkiestrze przestać grać i podziękowała nam gorąco za atrakcje w postaci zamówienia koni i 'spadania na chatę'. Pozostała reszta forfiterów zjawiła się nieco późno (na chwilę przed zaprzęgnięciem koni), wręczając podarki missis H. i robiąc za fotoreporterów, ale za to wywołując największą radość kusym, marynarskim wdziankiem z czapeczką, która niczym tiara przechodziła z jednej miss na drugą. 
Dusze, które się ostały po balu poszły do nieba na krówkę. Doprawdy miło to brzmi. I ja na tym zakończę opowieść, chociaż słyszałam z niezawodnego źródła, że dla niektórych forfiterów niebo było później piekłem, zwłaszcza w autobusie, ale przecież takiego balu nie można było zlekceważyć, a wręcz przeciwnie trzeba go było należycie i obficie uczcić.
amen.

czwartek, 21 lipca 2011

jak prostytutka nie całuje nigdy w usta...

Są pewne zasady. Są pewne przyzwyczajenia. Niektórych można się pozbyć, innych się nie da. Mam zasady, przyzwyczajenia. Lubię je. Zastanawia mnie tylko, czy niezaprzeczalnie, postępujące dorastanie, będzie miało wpływ na to co jest częścią mojego życia.
Jak to będzie kiedy będę wracała do domu i będę wiedziała kogo mogę się w nim spodziewać...
Jak to będzie wracać w szpilkach po imprezie, bo jednak na boso w październiku to nie przystoi...
Jak to będzie jechać trzeźwo na rowerze... Nie wyobrażam sobie, że w moim domu nie zabraknie nigdy papieru toaletowego, płynu do naczyń czy proszku do prania. Boję się, że zejdę na zawał jak otworzę lodówkę a tam nie będzie już wyewoluowanych nowych form życia na pomidorach, mleko będzie świeże, a wytłaczanka zawsze pełna. To są rzeczy, które w moim królestwie zawsze mają miejsce. To tak jakby tradycja. Co się stanie jak tradycja zniknie? Jak zasady i przyzwyczajenia nie wiedzieć kiedy nie będą już nigdy miały miejsca?

poniedziałek, 27 czerwca 2011

tytuły

Organizujemy sobie wycieczkę do Pragi. Lubimy to miasto, żyć bez niego nie możemy, przynajmniej raz  w roku pogrom zasiać musimy. Zaliczkę do hostelu też zapłacić musimy. Ostatnia wojaż nas nauczyła, że może lepiej sobie bukować łoże zawczasu i  nie jechać z duszą na ramieniu. Oto jak cudownie są zatytułowane mega ważne zaliczki 1/3 uczestników kolonii xD


sobota, 28 maja 2011

a tak napiszę, bo już koniec maja...

Ekhm....trochę mi było nie po drodze z pisaniem...Juvenalia pozbawiły mnie jak zwykle czasu, pieniędzy, pamięci, a potem  było już tylko nadrabianie spożytkowanego czasu. I tak jakoś człowiek się budzi i patrzy, a tu już majowy finish. No i smuteczek. Maj to taki miesiąc, w którym dzieją się wszystkie anormalne rzeczy, a które już człowieka nie zdziwią. Ja nie będę zdradzała szczegółów, wystarczy że most zwierzyniecki i rzucanie ogniem utkwi mi w pamięci na długo :) mówię tak ogólnikowo, że ze względu na to, że maj to świeża zieleń, ludzie są obudzeniu po zimie (wykluczamy początek maja), to dzieją się rzeczy niebywałe, na jakie ludzie po zimowym marazmie mieli niebywałą ochotę i nareszcie nastała ku temu okazja. Jak w piosence czarodzielnica - żywiołaków:




wtorek, 3 maja 2011

Karpacz donosi

3 maja 2011 


Karpacz - miasto cudów? 





Co niektórzy turyści ponoć w samych japonkach na majówkę przybyli...łączymy się w cierpieniu xD Ale jak tak patrzę przez wrocławskie okno to myślę, że my za niedługo też nie będziemy mieć do śmiechu... idziemy na sanki ? xD

sobota, 23 kwietnia 2011

zabytek

Dziwna sprawa...Zrobili nam w Karpaczu na ulicy Chopina - Beverly hills. Wykarczowali 75% drzew wszelakich, zostawiając marne 25% w tym jeden okaz...chyba pod ochroną...



czwartek, 21 kwietnia 2011

tak a propos świąt...

Jakoż, że święta zaglądają już zza rogu, zrobię jakąś kurtuazyjną notkę dla spokoju ducha. Tak więc, dzierżę w dłoni mej maciupkiej pięknego złotego bażanta. W tle leci znakomita muzyka pobudzająca me szare komórki do wyrzeźbienia paru marnych słów na blogu. Do pełni szczęści brakuje mi tylko bakłażanów. Tak sobie pomyślałam - nie tylko z okazji świąt, że czasami mogłabym żyć w jakimś filmie science fiction. No. Tak bym się przechadzała po miasteczku, gdzieś nade mną przebiegałby jakiś dinozaur, zza krzaków wyglądała jakaś wielka stonka,a na podwórku miałabym swój prywatny rollercoaster. Pięknie by było. No mogłabym tak żyć. I jeszcze w chwilach grozy byłoby słychać muzykę przyprawiającą o dreszcze. I to dla wszystkich byłby normalny, codzienny widok, nikt by się nie dziwił. Jeszcze byśmy się wymieniali okazami. Ja ci dam giganta chrabąszcza, ty mi - olbrzymią stokrotkę. Ale dalej byłyby korki i kolejki w sklepach. Tylko tym razem byłoby na co popatrzeć podczas czekania, np. jak brontozaur odbija ogonem kurzą fermę...mogłabym żyć w takim świecie...:]

wtorek, 12 kwietnia 2011

takie tam...

Kolejny już rajd IZ odbyliśmy z wielkim namaszczeniem. Tym razem z racji stażu i zaangażowania w rajd, dostaliśmy pewnie udogodnienia wyjazdowe. All inclusive w Banderozie:


Zaczęło się w autobusie. Podczas podróży co by się nie nudziło, można było zamówić damę do towarzystwa...




W apartamentach przydzielono nam indywidualne, specjalnie 'wyszukane' menu tylko dla nas...




Po obfitym posiłku pokusiliśmy się o sjestę w obszernych łożach...




W każdym pokoju był bogato wyposażony barek, w niesamowicie chłodzącą lodówkę...




Mieliśmy też animatorów...




Kurort posiadał wysokiej technologii sprzęt komputerowy...




Wczasowicze byli tak zachwyceni atrakcjami, że pozostawały po nich tylko skarpetki...




sacrum bakłażanów...




Wyprawka na drogę powrotną...




Byliśmy pod wrażeniem wyspecjalizowanego sprzętu do podróży...(w tle deska podtrzymująca bagażnik)




I oczywiście mieszkańców Głuchołaz, którzy reklamują zakład pogrzebowy na znaku...


niedziela, 3 kwietnia 2011

w tym utworze mogę się hajtnąć z gitarą...



Nie powiem, żeby utwór sam w sobie mnie jakoś mocno powalił na kolanko, skłamię również jak rzeknę, że w ogóle mnie nie ruszył. Troszeczkę mną targnęło, aczkolwiek uważam szczerze, że gitarka odwaliła kawał dobrej roboty i powinna mieć całe 3:21 min.  tylko dla siebie... sycące!